GRUBAS WCHODZI NA MASĘ

GRUBAS WCHODZI NA MASĘ

Rozpoczynając moją przygodę z siłownią nigdy nie myślałem, że będę chciał ważyć więcej. Dla 120kg, 18 letniego chłopaka, który nigdy wcześniej nie ćwiczył, liczyła się tylko redukcja wagi, aby móc poczuć się lepiej w otaczającym go świecie.

Waga, wygląd klatki piersiowej, brzucha były moimi strasznymi kompleksami. Zdjęcie koszulki na plaży było abstrakcją i kilka sezonów wakacyjnych spędziłem „opalając się” w koszulce, dzięki czemu moja opalenizna kończyła się na granicy krótkich spodenek i krótkich rękawków.

IMG_5311

Rozpoczęcie treningów i praca nad zmianą nawyków żywieniowych to było coś, czemu poświęciłem się praktycznie całkowicie. Każdy dzień przynosił mi ogromną radość i napędzał do działania. Nie będę tutaj rozwodził się na temat zrzucania kilogramów, metamorfozy i innych „pierdół”, bo to temat na inny wpis…

W pewnym momencie znalazłem się w punkcie, gdzie ważyłem 70kg, byłem suchy i jadłem 1700kcal dziennie. Czasami głód był tak mocny, że wszystkie swoje posiłki zjadałem do godziny 16, a później żyłem na napojach zero, aby dotrwać do końca tego dnia. I takie błędne koło trwało kilka tygodni.

 

W pewnym momencie zmądrzałem i postanowiłem zwiększyć kaloryczność diety, „aż do” 2100kcal. Na więcej nie pozwalała mi głowa i strach przed wróceniem wszystkich zbędnych kilogramów. Progres w tym momencie i tak był żaden, ale sztywno trzymałem się tej kaloryczności. W pewnym momencie jednak głowa puszcza i człowiek zaczyna jeść, jakby nie było jutra…

No ale nie odbiegajmy od tematu.

Przez 2 lata mojej „przygody z siłownią” progres był, jednak nie taki, jakbym chciał. Teoretycznie sylwetka poprawiała się, ale były to minimalne zmiany w stosunku wkładu energii w dietę i treningi. „Budowanie” masy mięśniowej kończyło się u mnie maksymalnie na 2500kcal i praktycznie zerowym progresie. Dodatkowo okresy bardzo niskiego trzymania kalorii przyczyniły się do powstania problemów z gospodarką cukrową, hormonalną i funkcjonowaniem tarczycy.

Prawdziwa jazda zaczęła się dopiero 3 lata od zredukowania 50kg. Wrzuciłem na luz, przestałem spinać się dietą i treningami – przecież to tylko dodatek do mojego życia i nie mogę wszystkiego podporządkowywać jedzeniu. I tak JA – w głowie wieczny grubas, zmieniłem całkowicie swoje podejście, z dnia na dzień zwiększyłem kaloryczność swojej diety do 4000kcal i nagle boom – sylwetka zaczęła poprawiać się jak nigdy dotąd, pojawił się zarys grup mięśniowych, których u siebie nigdy nie widziałem na oczy, a treningi stały się przyjemnością, bo nareszcie miałem energię, aby je wykonywać.

Jednak poprzedni okres nie był dla mnie stracony. Bardzo dużo nauczyłem się na własnych błędach. Krążyłem dookoła, aż w pewnym momencie zmądrzałem i moje podejście zmieniło się o 180 stopni.
Dzięki kursom i szkoleniom, w których brałem udział na przestrzeni ostatnich 2 lat, moja wiedza znacznie pogłębiła się i teraz chcę być taką osobą, której mi brakowało podczas moich „zmagań” z sylwetką.

Jedzenie nie może być traktowane jako nasz wróg. To energia, paliwo, które jest nam potrzebne do funkcjonowania na co dzień i podczas treningów. Skąd mamy czerpać energię, skoro cały czas siedzimy na dużym deficycie kalorycznym? Skąd mamy mieć chęci do działania, skoro jedyną czynnością jakiej pragniemy to kolejny posiłek czy pójście spać?

Oczywiście – nie mówię tutaj, że teraz każdy ma jeść po 4000/5000kcal dziennie. Chodzi o kwestię podejścia do jedzenia, życia. Obrania priorytetów i podążania do celu.

Ale, czy rzeczywiście kratka na brzuchu, choinka na plecach czy prążki na tricepsach są nam potrzebne do życia? :)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *