Czy dieta jest najważniejsza w drodze do upragnionej sylwetki?

Na pewno spotkaliście się ze stwierdzeniami typu: „dieta to 70/80/90%  sukcesu, a trening to tylko dodatek dający pozostałe 10/20/30%” czy „brzuch robi się w kuchni”. W sumie sam kiedyś podchodziłem do tego w taki sposób i bardzo długo moje treningi wyglądały co najmniej średnio, ślepo wierząc w to, że dieta sprawi iż moja masa mięśniowa będzie rosnąć i rosnąć.

I tak, człowiek pilnuje posiłków, liczy wszystko, unika przetworzonej żywności jak ognia i co? No właśnie nic.

Do tegGENETYKAo dochodzi irytacja tym, ze osoby trenujące 6 miesięcy wyglądają lepiej, targają większe ciężary, a dieta to ostatni element na który zwracają uwagę. Człowiek bierze to wszystko do siebie, brak progresu powoduje ogromną demotywację i nie chce się dalej trenować. Jak to się mówi: „Halo? Genetyka? Ty ku***” :D

 

 

Zwalanie wszystkiego na wszystkie rzeczy dookoła, a brak spojrzenia na siebie i swoje podejście do tematu. Kombinowanie z nowymi metodami treningowymi, ciągłe zmienianie planu, a w efekcie brak jakiegokolwiek, choćby najmniejszego progresu.

Nie chodzi o to, aby nas znosili na noszach z każdego treningu, aby bić rekordy każdego dnia czy robić treningi po 4 godziny.

Chodzi natomiast o to, aby ZAPLANOWAĆ sobie swój plan treningowy, zadbać o odpowiednią intensywność i objętość treningową, dobrać ćwiczenia pod swoje priorytety i słabe ogniwa oraz przede wszystkim, aby trzymać się tego planu przez dłuższy czas. Ciągle zmieniając plan treningowy (bo nie widzę efektów) nic nie wskóramy.

Wiadomo, jest jeszcze wiele innych aspektów, jak regeneracja, sen i takie tam, ale dzisiaj skupmy się na innych aspektach.

A czemu nie postawić na równi dwóch wcześniej wspomnianych kwestii: 50% dieta i 50% trening? Czy rzeczywiście warto bać się jedzenia i ciągle posługiwać się coraz to wyższą matematyką, aby obliczyć swoje zapotrzebowanie?

Dając odpowiedni bodziec w postaci treningu, nasz organizm będzie zupełnie inaczej funkcjonował. Do tego dieta, najprostsza, nie powodująca uzależniania się od godzin posiłków czy noszenia pudełek ze sobą. Brzmi banalnie, ale najprostsze rzeczy sprawdzają się najlepiej. Tylko ludzie, nie byliby ludźmi, gdyby sobie nie utrudniali życia i szukali drogi na skróty.

Nauczyłem się tego najdobitniej na własnym przykładzie i moich podopiecznych. Wykorzystajmy mądrze czas na własnym treningu, planując aktywność i dostosowując intensywność w zależności od dyspozycyjności danego dnia.

Praca we wzorcach ruchowych, ćwiczenia globalne, wzmacnianie słabych ogniw wraz z drugą częścią układanki, czyli odżywianiem bez popadania w skrajności – niby takie proste, a jednak… :)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *